Kolejne wypady na wycieczki rowerowe owocowały przygodami o których nam się nawet nie śniło. Posłuchajcie...
Po pierwszych wyczynach w tym roku nasza kompania postanowiła jeździć i jeździć... Z teamu odpadł Sieniek który jechał z rodziną na mazury... Jak zwykle zaczęło się ode mnie i McBeara.. INICJATORZY ich mać

W każdym razie był jeszcze Kitaj

No to zasuwamy do Kitaja... Przed furtką typowy tekst do domofonu
- Dzień Dobry, jest Jakub ?
I szybka odpowiedź
- Nie przykro mi Jakub poszedł do sąsiadki <kshhhhh>.
Hmmm extra... Tylko do której... No nic został nam już tylko Niedzian... Zawsze jeździmy do niego na końcu bo on jak wszyscy wiedzą jest bezczelny... Jesteśmy
- Cześć Kamil, wyjdziesz na rower ?
Niedzian chyba chciał coś odpowiedzieć ale zza jego pleców wyłonił się jego tata i z całym sarkazmem zakrzyknął:
- Może w piłkę pograć ?!
Zupełnie jakoś nie pojęliśmy aluzji... Ja uparcie rzekłem:
- No dawaj, mamy zamiar dzisiaj gdzieś dalej skoczyć...
Cholera coś mi nie pasowało.. Znam Niedziana od podstawówki - będzie 12 lat... Tego dnia Kamil wyglądał jak kaleka..
- Nie, wiesz, coś mnie dzisiaj w kościach łupie

Aluzja dalej nie została pojęta choć muszę przyznać że jeszcze nigdy nie widziałem ażeby Niedzian chodził w sweterku POD koszulką... Dopiero po chwili Niedzian nie wytrzymał naszej naiwności i opowiedział że złamał sobie palant obojczyk a ów sweterek to gips w którym Niedzian wygląda jak transporter opancerzony klasy AT-ST..
- WOW !!! Jak to się stało ??!?!?!
-Hehe, no wiecie graliśmy w piłkę i kiwałem kumpla z ławki... A wiecie... kumplowi z ławki się nie odpuszcza... Hehehehe No i przeleciałem jakieś półtora metra nad ziemią

D

My w śmiech
- Jakie znowu półtora metra ?!
- Ano gdzieś tyle - pokazał ręką wysokość około 50 cm nad ziemią...
Taaaaa. NIEDZIAN JEST BEZCZELNY

Wracamy do Kitaja... Może już wrócił.. No i faktycznie zastaliśmy Kitajca bez koszulki i jakiegoś takiego "niedzisiejszego".
- Siema Kitaj.. Gdzie byłeś ?!
- Aaaa pomagałem sąsiadce z gałęźmi
- Taaaaaaa jaaaasne i zdjąłeś do tego koszulkę ?
- Eee tam jakoś tak...
- Dobra nie tłumacz się tylko idź się przebrać. Jedziemy w dalszą trasę.
Kitaj posłusznie odwrócił się w stronę domostwa a na jego plecach ujrzeliśmy liczne ślady podrapania...
- I mówisz że to tylko gałęzie ?!
- Aaa nie to.... brat mnie podrapał

KITAJ JEST SZCZERY...
W myśl Tolkienowskiego "trzech to już kompania" ruszyliśmy.. Gdzie ? Do Wombata...
Wombat to jednostka wybitna... żeby nie wiem jak próbować z siebie zrobić idiotę - on zawsze jest w tym lepszy... Tak było i tym razem ale nie uprzedzajmy faktów...
Jedziemy... dziwnie - bo przez Wieliszew - Wombat mieszka w okolicach Białobrzegów... Nic tam. Po drodze zakręciliśmy w stronę Białobrzegów i tu pierwszy ZONK !
- Dobra sprawdzę hamulce !!!
Borsuk poszybował... Na szczęście w miarę to kontrolowałem i przy maksymalnej prędkości przypisanej rowerowi z tylnym kołem scentrowanym na prostej nawierzchni oraz przednim wgniecionym kilkanaście centymetrów wgłąb roweru wykonałem perfekcyjne hamowanie... Rower przechylił mi się nagle w lewą stronę więc wymanewrowałem tak że w połowie hamowania sunąłem już bokiem... Po zakończeniu manewru Kitaj podjechał z prawej strony i zahamował podobnie jak ja ustawiając się bokiem tak że zajmowaliśmy całą szerokość ścieżki... Obaj zdyszeni tylko się do siebie uśmiechaliśmy gdy nagle z górki z której zaczęło się moje hamowanie dobiegł do nas niepokojący głos...
- NIE HAMOOOOOWAAAAAĆ !!!
Był to głos Niedźwiedzia rozpędzonego w naszym kierunku. Trzeba było zobaczyć naszą natychmiastową ucieczkę ze ścieżki... Kurde... Jak on by w nas jebnął to chyba nawet nożem do tapet by nas nie zdrapano... W każdym razie szczęśliwie wjechaliśmy na Warszawską/Modlińską/Czyjakjejtam. Na rondzie zawinęliśmy w stronę Białobrzegów... Byłoby ok gdyby nie to że Niedźwiedziowi przekrzywiło się siodełko... Nic tam.. Do Wombata niedaleko - McBear dzwoni...
- Cześć Wombat.. Jesteś w domu ?!
<obok przelatuje karetka> Słuchaj mam taki problem ! Jestem nad Zegrzem niedaleko od twojego domu i padło mi siodełko <druga erka zasuwa na sygnale; wraz z Kitajem wychylamy się z zajazdu aby sprawdzić czy nie było wypadku jakiegoś po drodze>Tak ! Właśnie ! I potrzebowałbym narzędzi masz może ?! <dosłownie na wysokości 20m przelatuje helikopter ratunkowy> Czekaj nie słyszę Cię bo mi tu śmigłowiec lata !!!
Oczywistym było że wraz z Kitajem bardzo długo dławiliśmy śmiech. Po przejściu może z 5 km które wymęczyły nas bardziej niż poprzednia kilkunastu kilometrowa trasa doszliśmy do Wombata... Gośc jest pojebany ale nie sposób go nie lubić

Kitaj widział go po raz pierwszy ale był odpowiednio przygotowany na to co zobaczy... Znał mnie od przeszło 12 lat

Wombat ma bardzo ładną działkę w środku lasu... Już po kilku metrach znalazłem sztywną mysz.
- Wombat mogę się pobawić z twoim petem ?!
- Taaa kopnij ją, może się rozrusza...
WOMBAT JEST... WOMBAT
Ale najciekawszy jest sąsiad Wombata któremu przypadło zadanie naprawienia siodełka McBeara. Zabawny człowiek - taki trochę hipis po 30ce

- I jak jedzie pan na Ironsów - zapytał rzeczowo Wombat zawracając gościowi dupę podczas reanimacji roweru.
- Niiiieee tam na Deep Purple to bym pojechał..- Jak to potem skomentował mój stary "Na Deep Purple to i ja bym pojechał"
Gośc w pewnym momencie ustawiania siodełka na swoje miejsce zaskoczył nas pytaniem do McBeara
- Duże masz jaja ?!
Cisza...
- Nnnoo - zaproponował niezręcznie Bear
- No nie krepuj się Misiek - roześmiałem się

- Nie no ! Ja ci nie będę sprawdzał

Ale jak ci za wysoko ustawie to sobie poobijasz...
I wierzcie lub nie ale doszły do jego uszu 4 oddechy ulgi jakby ktoś z nas powietrze spuścił
HIPISI SĄ ZAJEBIŚCI !
Teraz już we 4 wyruszyliśmy dalej... Pojechaliśmy do Białobrzegów, do naszej Rollage'owej barki oraz w miejsce gdzie wraz z Rollem zrobiliśmy sobie zaledwie kilka miesięcy temu fotki... Teraz jest ich więcej

Ale nic tam - ruszyliśmy dalej... Bo czasu było za dużo

I opłacało się - Dojechaliśmy do samego Beniaminowa !!! VICTORY !!!!
W Beniaminowie są ekstra forty ! Mamy zdjęcia i relacje filmowe więc jak pozbieram linki dorzucę je na końcu tego wpisu.. Oczywiście zejście strome... Więc McBear i Kitaj jako przedstawiciele myślącej części naszego teamu pojechali drugą stroną... Ja patrzyłem jak Wombat spada ze stromego zbocza... Dupnął że aż miło w połowie drogi na dół niedaleko swojego roweru... Z góry krzyknąłem:
- WOMBAT ! Nie ruszaj się idę po ciebie !!
- Heheh nie trzeba jakoś ży... O KURWA BORSUK NIIIIEEEE !!!
Mój rower minął Wobata dosłownie o centymetry.... Dodawać nie muszę że ja też byłem nieco niżej...
- Ojoj... Wombat może się stoczymy ?!
- Żartujesz !!! Co ja Batman jestem ?!
Sytuacja była ciężka... Wyglądaliśmy trochę jak Anakin i ObiWan na cienkiej stalowej belce nad wodospadem lawy...
- Dobra ja tam schodzę...
- Bors...cholera
Na dole leżały już dwa rowery a w kilka sekund po nich także i my... Najciężej w takich sytuacjach jest wstać. Dla nas jakoś nie było wyjątku... Wombat i tak miał więcej szczęścia.. W zasadzie jego rower... Nic mu nie dolegało... W moim pękła aluminiowa rączka hamulca przedniego...
- Cóż dobrze że hamuje tylnym...
Na fortach siedzieliśmy dobrą godzinę i jak już wspominałem mamy relacje photo-video. Powrót okazał się o tyle ciężki że ja MYŚLAŁEM że straciłem tylko przedni hamulec... Otóż straciłem oba

Wracałem z linką hamulcową w ręku i modliłem się żeby się nie przydała...
W Białobrzegach przydała się podczas gdy rozpędzone VOLVO omal nie wypełniło mojego przeznaczenia.. Gdzieś w 1/3 drogi Wombat wrócił do domu a w 2/3 Kitaj postanowił że pojedzie szybciej - ja nie mogłem bez hamulca a on wreszcie powiedział czemu na 18 ma być w domu - jedzie nad morze

ZONK !
Łącznie zrobiliśmy tego dnia ok 45 kilometrów... Ale to nie koniec... Za chwilkę zabieram się za opis kolejnej wyprawy...